Ezoteryka

Był czas, gdy moje życie było bardzo poskładane. W wieku 20 lat wyszłam za mąż, urodziłam śliczną córeczkę, miałam własne mieszkanie, samochód, pracę, w której naprawdę nieźle zarabiałam. Właściwie dostałam od życia wszystko to, na co niektórzy pracują całe życie. W każdą niedzielę szłam do kościoła – tak przecież trzeba, by po słowach „ofiara spełniona” wrócić do domu z coraz częściej pojawiającym się uczuciem pustki.

Miałam wrażenie, że coś mi umyka, że tracę czas. Ponieważ od dziecka miałam bardzo dobry kontakt z przyrodą, uciekałam do lasu, by tam przytulona do drzew wraz ze łzami wyrzucić z siebie tęsknotę za czymś, czego nie potrafiłam nazwać. Nie raz klęcząc przed obrazem Anioła Stróża błagałam Go o pomoc, choć tak naprawdę nie wiedziałam do końca w czym miałby mi pomóc. W końcu przyszedł dzień, w którym spojrzałam w lustro i zapytałam samą siebie – co dalej? Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to był właśnie ten moment, w  którym zaczęłam się budzić.

Całkiem niechcący, przypadkiem (wszyscy wiemy, że nie ma przypadków) na mojej drodze pojawiła się Ania. Przepiękna, zielonooka dziewczyna o długich czarnych włosach. To Ona pierwsza włożyła w moje ręce karty Tarota. Był to prosty Tarot Marsylski. Właściwie od razu karty zaczęły do mnie „mówić”. Nie potrzebowałam uczyć się ich, medytować nad nimi czy kontemplować – jak tego uczą w książkach. Brałam do ręki kartę i już wiedziałam co mam mówić. Skąd? Wtedy też tego jeszcze nie wiedziałam..

Potem przyszedł czas na Czarnego Tarota Magów, Tarota Suligi, Złotego Tarota..miałam ich kilka zestawów. Za każdym razem były one coraz mroczniejsze. Ale mi to wtedy nie przeszkadzało. Zaczęłam się interesować magią – Magią Żywiołów, Sympatyczną, Magią Demoniczną. Księgę Salomona miałam w jednym paluszku, jak również klucze do budowy imion demonów i ich przyzywania. Poznałam jednego z głównych polskich magów. Uczył mnie z niezłym powodzeniem – doszłam do poziomu dziewiątego. Na nim poprzestałam. Dlaczego? To wyjaśnię później..

W między czasie zaczęłam studiować parapsychologię w Łodzi. Oprócz tego jeździłam na kursy regresingu, rebrithingu, hipnozy, planety, Feng-Shui, rozwoju osobistego, uzdrawiania metodą Indian Hopi, Reiki, Silvy. Były runy, praca z czakrami, Różokrzyżowcy, zloty buddystów – zrobiłam tzw. medytację „Poła”, numerologia, analiza człowieka z wyglądu, pismo znawstwo, doktryna tajemna Bławatskiej.. Tyle tego, że naprawdę nie jestem w stanie wszystkiego wymieć. Jakiś miesiąc temu robiąc porządki w piwnicy wyrzuciłam zapomniane już i zupełnie niepotrzebne dyplomy i certyfikaty potwierdzające moje „umiejętności”.

Pewnie zapytacie mnie w jakim celu, po co „robiłam” te wszystkie kursy. Po co ta magia, karty, rytuały? Ja miałam wrażenie, że uczestnicząc w tym i ucząc się tego wszystkiego dotykam tego, co nieznane, inne, zamknięte przed oczami wielu. Wierzyłam, że w jakiś sposób pozwala mi dotknąć tego, za czym tak bardzo tęskniłam, że w końcu mogę to coś nazwać, nadać mu imię. Rozumiecie?

Udawałam, że nie słyszę wewnętrznego głosu, który mówił, że to nie tędy droga, że zamykam się na światło, na Boga. Nie rozumiałam tych słów. Jak mogłam zamykać się na Tego, Którego tak bardzo chciałam odnaleźć? Przecież wszyscy „mistrzowie”, czy nauczyciele na prowadzonych przez siebie warsztatach czy szkoleniach nieprzerwanie przekonywali mnie i innych uczestników, że robiąc dokładnie to co mówią odnajdziemy szczęście, miłość i bogactwo, że odnajdziemy samych siebie. Wierzyłam im. Choć teraz patrząc z perspektywy czasu wiem, że tak naprawdę to chciałam im wierzyć. Robiąc to, coraz bardziej gubiłam siebie. Doszło do tego, że pewnego dnia patrząc na obraz Jezusa Miłosiernego, ze łzami w oczach wypowiedziałam słowa wiersza Juliana Tuwima:

„Jeszcze się kiedyś rozsmucę,
Jeszcze do Ciebie powrócę, Chrystusie…
Jeszcze tak strasznie zapłaczę,
Że przez łzy Ciebie zobaczę, Chrystusie…

I taką wielką żałobą
Będę się żalił przed Tobą, Chrystusie,
Że duch mój przed Tobą klęknie
I wtedy – serce mi pęknie, Chrystusie…”

Jakże prawdziwe okazały się te słowa..

Wiedziałam, że upadam, że moja Dusza kona. Mimo wszystko nie przestawałam. Chciałam upaść tak bardzo, by już odbijając się od przysłowiowego dna, nigdy już do niego nie powrócić. Taki moment nastąpił, gdy podczas jednego z seansów magii weszłam w przestrzeń, by skontaktować się z istotą, która miałaby mi wytłumaczyć cały sens istnienia. Owszem takowa pokazała się, jednak za uzyskane informacje zażądała zapłaty. (Trzeba pamiętać, że wchodząc w relacje z ciemną stroną, najpierw dostajesz wszystko czego pragniesz – w kredycie, a potem płacisz. Najwyższą ceną jest ludzkie życie. Najcenniejszą i najbardziej wartościową życie małego dziecka). Podana przez tą istotą cena była dla mnie nie do przyjęcia. Pozwolę tu sobie nie opisywać całego przebiegu mojej „rozmowy” z tą istotą – nie jest to nikomu potrzebne, w każdym bądź razie ta „rozmowa” otworzyła mi oczy. Szok jaki przeżyłam był tak mocny, że postanowiłam zrezygnować ze wszystkiego czego się nauczyłam, z całej mocy jaką miałam. Spaliłam Tarota, skończyłam z medytacjami i rozświetlaniem czakr. Odrzuciłam wszystko.

I wtedy się zaczęło. Oj, ciemna strona wie, jak się upomnieć o swoje. Wie jak człowieka doprowadzić do kolan. Kara za „odwrócenie” się od niej była ogromna. Ogromu cierpienia przez jakie przechodziłam nie zrozumie nikt, kto nie wie co znaczy ból umierającej i oddzielonej od Boga Duszy. Ból fizyczny przy tym to pikuś. (Przechodziłam półtoragodzinny zabieg bez znieczulenia. Przychodzi taki punkt bólu, gdy ciało samo się znieczula). Jedyne co mi wtedy pozostało to wołanie do Boga o pomoc. I tak jak w wierszu Tuwima..moje serce pękło.

To był kolejny punkt zwrotny. Zaczęłam stopniowo wracać do życia. Z całą pokorą oddawałam siebie Bogu. (Wtedy jeszcze nie czułam i nie odbierałam Go jako mojego Ojca. To przyszło znacznie później). Pamiętam jak idąc do pracy, by uwolnić się od złych myśli, na głos powtarzałam słowa modlitwy „Ojcze Nasz” i „Aniele Boży”. Miałam wrażenie, że słowa te powtarzają ze mną drzewa, wiatr, kwiaty, że cały świat dołącza się do mojej modlitwy. Powolutku, niedostrzegalnie wręcz zaczęłam wchodzić w pokochanie siebie i zrozumienie kim jestem i w jakim celu to wszystko wydarzyło się w moim życiu.

 

Wchodząc w przeszłość i opisując Wam tę historię, chcę Wam na własnym przykładzie pokazać, jak bardzo trzeba uważać i być uważnym na ścieżce „rozwoju duchowego”. Każdy, kto się budzi, jest łatwym kąskiem dla nowego systemu jakim jest ezoteryka. Tu jest jeden bardzo sprytny myk. Dla tych, którym nie bardzo pasuje i nie odpowiada system kościelny, stworzono system ezoteryczny. Mówi się o czakrach (one oczywiście są ważne, są częścią naszego ciała energetycznego, jak np. wątroba jest częścią ciała fizycznego), o pracy z umysłem (który jest kolejnym programem), mówi się o UFO – tym dobrym i tym mniej (prawda jest taka, że każda rozwijająca się w wolnym prawie cywilizacja nie będzie interweniowała i ingerowała w nasz rozwój). Mówi się o NWO, o tym, że chcą nas zachipować, o kolejnej wojnie. Snuje się wizje końca świata i o tym jak niby ten świat będzie wyglądał po jak najbardziej możliwej wojnie atomowej.

W tym wszystkim jednak zapominamy (i tak naprawdę o to chodzi byśmy zapomnieli), że wszystko jest tylko w naszych rękach! Zmianę świata i  jego rzeczywistości trzeba zacząć od siebie, od przerobienia własnych parametrów- tzw. trzonu duchowego. (Już o tym pisałam tutaj). Trzeba wejść w pełne pokochanie siebie i drugiego człowieka, wybaczenie sobie i drugiemu człowiekowi, następnie we współodczuwanie i współtworzenie. Ukoronowaniem tego, jest pojawiające się w nas miłosierdzie.

Budując i zapisując w sobie te parametry powoli odcinamy się od całego zła tego świata. Przestaje mieć ono na nas wpływ, za to my mamy coraz większy na otaczającą nas rzeczywistość, jak również na drugiego człowieka!.

Tak się zmienia świat!!! Tu trzeba zmienić własną postawę!

Nie szukać na zewnątrz w kartach, czy w magii (o magii kiedyś napiszę), skończyć z bezużyteczną pracą z umysłem (trzeba otworzyć serce i je aktywować). Ale tego trzeba chcieć, całym sercem dążyć do wyznaczonego celu i ideału. Tu nie można użyć słów „nie dam rady”, lub „nie potrafię”. Albo chcemy zmiany albo nie!

Czasem, gdy przeglądam strony internetowe i niektóre portale ezoteryczne, to włos na głowie staje mi dęba. Takich bzdur i sam Belzebub by nie wymyślił. Czytając komentarze z przerażeniem widzę, że coraz więcej osób się daje na te bzdury złapać. Przecież nasza energia podąża za uwagą. Jeśli wciąż będziemy skupieni na tym co złe, jest w naszym życiu i na tym świecie, to normalnym i logicznym jest, że będziemy to wzmacniać naszą własną energią!!

Ja wiem, że macie dobre serca i tak jak ja kiedyś szukacie drogi powrotu do Domu. Pamiętajcie proszę o jednym: droga do Domu Ojca jest jedna, najprostsza i najkrótsza jak tylko może być. Nie należy do najłatwiejszych, ale radość jaka płynie z wędrówki po niej jest nie do opisania. Jest nią Droga Otwartego Serca, a pokazał nam ją Jezus. Ja kiedyś szukałam czegoś, co zawsze miałam na wyciągnięcie ręki. Nie popełniajcie mojego błędu. Zapewniam Was, że jeśli choć raz w pełni wejdziecie na tę drogę, pomimo największych trudności i wyrzeczeń, nigdy z niej nie zejdziecie. Serce Wam na to nie pozwoli, bo poczujecie to coś, co w każdej chwili będzie Wam cichutko szeptać, że idziecie dobrą drogą.

 

Ps. Tekst ten dedykuje mojej Basi (Ty Kochanie jesteś moim największym darem), jak również tym, którzy pomimo wielu trudów i przeciwności zmieniają ten świat.

 

 

 

 

 

 

 

 

, , ,

Jeszcze nie komentowano.

Dodaj komentarz

CommentLuv badge