Śmierć

O śmierci się nie mówi. Tak jakby jej w ogóle nie było

Wiemy, że kiedyś i tak będziemy musieli stanąć z nią twarzą w twarz, ale wciąż odkładamy ten moment jak najdalej od siebie. Tak mocno trzymamy się życia, że zupełnie o niej zapominamy.

Śmierć stała się tematem tabu, tematem “nie na miejscu” i mało stosownym. Lepiej przecież mówić o życiu i jego smakach, kolorach i barwach. A przecież wszystko co myślimy, co mówimy, każdy nasz oddech, każda minuta tegoż życia prowadzi nas nieuchronnie do śmierci.

Budujemy pomniki “wielkim tego świata”, piszemy książki, pamiętniki, by tylko pozostawić po sobie jakiś ślad. Ślad, że żyliśmy. Dlaczego? Co takiego sprawia, że tak bardzo chcemy być zapamiętani? Przecież życie jest niczym innym jak lekcją, która kończy się z chwilą zdanego egzaminu, a śmierć właśnie jest promocją do wyższych szczebli naszej “duchowej kariery”.

Czyżbyśmy się tak bardzo bali nie zdać tego egzaminu? Czy to dlatego sięgamy po coraz kolejne książki o tym jak żyć? Jeździmy na spotkania, warsztaty uczące programowania umysłu, by tylko wiedzieć jak to życie zorganizować, nakreślić, zapominając zupełnie, po co to robimy?

No bo po cóż ta cała gonitwa z życiem. Po co tak naprawdę żyjemy? Po co te lekcje? Czyż nie lepiej “siedzieć” w domu Ojca i cieszyć się z samego tego faktu?

A jednak raz za razem, my Dusze decydujemy się na kolejne doświadczanie życia. Na kolejną lekcję, która uczy nas i objawia nam kim jesteśmy. Bo tak naprawdę, “siedzenie” wcale nam nie odpowiada. (O tym jak jest w domu Ojca napiszę innym razem. Dość długi to temat).

Fakt jest jednak taki, że kompletnie nie jesteśmy przygotowani do śmierci. Traktujemy ją po macoszemu i jako zło konieczne. Boimy się jej. Traktujemy jak karę za grzechy, która przyniesie tylko ból i rozłąkę. Zapominamy, że jest ona bramą do świata. Świata, który jest inny, piękniejszy, bardziej barwny i przepełniony niesamowitymi dźwiękami. Do Świata Miłości. Do Świata, z którego pochodzimy- naszego Domu.

Dlaczego o tym nam się nie mówi?

Dlaczego śmierć pokazuje się nam jako coś kończącego, nieubłaganego i bezlitosnego? Myślę, że po to, byśmy tak właśnie ją traktowali. Bo Dusza, która jest pełna lęku i strachu, która “nie wie” co się z nią stanie w chwili, gdy opuści ciało fizyczne gubi się w przestrzeniach. I o to właśnie chodzi Ciemnej Stronie.

Dlatego nie mówi się nam o Świetle, ani o tym by przywoływać Jezusa?Dlatego traktuje się ludzi umierających przedmiotowo, bez tak bardzo potrzebnej im czułości i spokoju. Wystarczy tylko pójść do szpitala…

Przyglądnijcie się tym, którzy ślubowali ratować życie innym, lub przyuczali się do pełniej i oddanej opieki chorym i bezbronnym. W wielu przypadkach nie znajdziecie troski czy zrozumienia dla tych co cierpią i najnormalniej w świecie się boją. Boją się śmierci.( Nie mówię tu o wszystkich. Chylę czoła przed tymi, którzy pomimo zmęczenia i braku środków robią wszystko by pomóc.)

A przecież wystarczy jedno dobre słowo, uśmiech, poprawienie poduszki, by taki człowiek nie czuł się pozostawiony samemu sobie.

Myślę, że to kim i jacy jesteśmy stanowi o tym jak umieramy. Że ta cała gonitwa by szczęśliwie żyć nie powinna nam przysłonić momentu, w którym będziemy zdawać z niego egzamin.

“Jakie życie- taka Śmierć”- śpiewała Edyta Geppert. Myślę, że i słowa Księdza Twardowskiego by “spieszyć się kochać ludzi, bo tak szybko odchodzą” nabierają innego wyrazu.

Wydaje mi się, że to wszystko co robię i co robią inni by zmienić świat, nabiera innego znaczenia, innej wartości. Bo nie chodzi tu tylko o życie właśnie, ale o to, by kiedyś umierając wiedzieć, że naprawdę kochaliśmy drugiego człowieka, że rozumieliśmy jego i swoje błędy, że robiliśmy wszystko by być Światłem dla innych i byliśmy w stanie oddać to cenne życie, by tylko pokazać innym drogę do Ojca.

Gdy popatrzymy na to w taki sposób budzi się w nas moc i pełne zrozumienie celu naszego życia. Wtedy nie jesteśmy samotną jednostką na planie tej rzeczywistości, ale jedną z wielu Iskierek Ojca – jakże ukochanych, które tu są, bo tego chciały.

Wtedy nie ma potrzeby biegania od jednej do drugiej wróżki, nie ma potrzeby spotkań ze słynnym medium, płytkich oczyszczeń. Wtedy pojawia się zrozumienie, za nią idzie łagodność, spokój i świadomość tego kim jesteśmy! Wtedy Miłość – ta prawdziwa rozświetla nasze serca. I nie potrzeba już nic.

Myślę, że za mało mówimy o śmierci, że nie jesteśmy na nią przygotowani. Brakuje nam wiedzy o tym co się z nami dzieje w chwili, gdy nasza Dusza, odrywa się od ciała fizycznego.

śmierć

 

“Pójdziesz do Nieba, do Piekła lub Czyśćca”– często to słyszałam na lekcjach religii. Z tym wyjątkiem, że na Niebo zasługiwali sobie tylko uznani przez Kościół Święci. Z moim podejściem do życia i rozumieniem tego co wokół mogłam załapać się na Czyściec i to o zaostrzonym rygorze. Teraz wiem (przyznać muszę,że z wielką ulgą to przyjęłam), że ci niby Święci w niebie nie siedzą. Jakoś ich nie widać na wyższych poziomach. Za to na niższych…

Tak więc wiedza o tym, co się z nami dzieje, ogranicza się w głównej mierze do miejsc, do których ewentualnie pójdziemy (co i tak nie jest do końca prawdziwe).

Prawdą jest natomiast, że z chwilą śmierci dochodzi do opuszczenia przez wyższe ciała – ciała fizycznego. Nie jest ono już po prostu potrzebne. Są one nadal połączone z ciałem fizycznym za pomocą srebrnej nici (lub sznura, który jest często widziany u osób praktykujących wychodzenie z ciała), o kształcie dwóch szóstek. Jeden koniec szóstki połączony jest z sercem (dokładnie z jego lewą komorą), a drugi z mózgiem (ciemię).

Pomimo tego, że serce przestaje bić, to srebrna nić wciąż nie jest zerwana. W tym czasie człowiek ogląda “film swojego życia” od jego końca do chwili narodzin. (Nie wiem, czy pamiętacie jak pisałam w temacie “Modlitwa” o odtwarzaniu swojego dnia od jego zakończenia, do chwili otworzenia oczu po przebudzeniu. Jest to bardzo ważna czynność. O tyle dni, przeanalizowanych i “zmienionych” podczas modlitwy jest skrócony czas “filmu życia” obejrzany po śmierci. Jest to o tyle ważne, że Dusza każdą niegodziwość odbiera kilkanaście razy mocniej. Praktykując w taki sposób modlitwę, nie tylko zmieniamy się i pracujemy nad sobą, ale również chronimy siebie samych przed bólem i cierpieniem powstałym podczas oglądania własnego życia po śmierci).

Proces ten trwa trzy dni. Czasem Trzy i pół dnia. Do tego czasu nie powinno się grzebać zmarłych lub ich spalać. Natomiast kremacja ciała po okresie trzech dni jest jak najbardziej wskazana. Po pierwsze jest to proces, który szybko i łatwo uwalnia elementy ciała życiowego (Chodzi tu o echo ciała fizycznego. Często ktoś kto stracił np. nogę, wciąż może ją odczuwać). Ciało to rozkłada się równomiernie z ciałem fizycznym. Po drugie odwiedzając cmentarz nie ma się tego koszmarnego widoku lub odczucia przygnębiającej pustki i śmierci. ( Dlatego niektóre plemiona lub kultury balsamowały zwłoki wierząc, że w ten sposób zmarli dłużej będą przebywać w świecie żywych. Poniekąd jest to prawda)

W okresie trzech dni nie powinno się “opłakiwać zmarłych”. Dusza, która wciąż wiele “czuje i słyszy” bardzo to przeżywa. Dobrze jest wtedy “porozmawiać” z taką Duszą, dziękując jej za obecność wśród nas. Wspominać tylko radosne i szczęśliwe chwile. Pokierować ją do Jezusa lub Jego samego poprosić o opiekę i ochronę dla Duszy.

Po opuszczeniu ciała Dusza przechodzi przez kilka poziomów, w tym również poziom pełnego oczyszczenia. To od niej tak naprawdę zależy kiedy będzie chciała wznowić naukę (o tym również napiszę innym razem). Pod warunkiem, że przebywając na poziomie rzeczywistości fizycznej, nie zatraciła się w złu, bo wtedy podlega całkiem innym prawom.

Tak więc jak sami widzicie Śmierć nie jest końcem, ale kolejnym etapem Życia! Życia Duszy na wszystkich jej poziomach i wymiarach! Ucząc się i szkoląc, uszlachetniając samą siebie poprzez Miłość rozwija się, by nabrawszy wiedzy i doświadczenia powrócić do Domu. Nauki Jezusa, wskazują jak korzystając z energii Miłości. Życie stało się dla nas nieskończonością, bez potrzeby doświadczania Śmierci.

 

Oczywiście, wszystko co tu napisałam wydaje się być proste i zrozumiałe. Gorzej bywa w praktyce, gdy trzeba stawić czoła emocjom, gdy odchodzi ktoś nam bardzo bliski.

Pamiętam śmierć mojej Babci. Byłam z nią bardzo mocno związana. Przez dwa tygodnie odwiedzałam ją w szpitalu. Widziałam otaczających ją bliskich zmarłych, którzy przyszli towarzyszyć Jej w drodze do domu. Głęboko czułam jak bardzo jest Jej ciężko. Z jednej strony rodzina i dzieci pragnące Jej powrotu do zdrowia i “świata żywych”, z drugiej strony “tamten świat” przywoływał Ją do siebie.

Pomimo, że była nieprzytomna to czułam, że słyszy co do niej mówię. Powiedziałam Jej, by nie oglądając się na nas, podążyła za Jezusem, że my tutaj damy sobie radę i równie dobrze może opiekować się nami z tamtej strony. Nie wiem jak długo tak z nią “rozmawiałam”. Wiem tylko, że było to dla mnie bardzo trudne. Podobnie jak moja rodzina, chciałam by była ze mną. Jednak, nie mogłam patrzeć jak męczy się będąc pomiędzy światami. Tej samej nocy Jej serce przestało bić. Przyszła do mnie we śnie, ubrana w jasną (białą może) sukienkę i elegancko uczesanymi włosami mówiąc, że wszystko już jest dobrze, że czuje się już zdrowa i szczęśliwa. Wciąż bardzo za nią tęsknię..

Kilka dni temu znów pożegnałam Kogoś, kto był i jest mi bardzo bliski. Starszą Panią, której drobnych rąk nigdy nie zapomnę. Dłoni pomarszczonych i zmęczonych pracą, ale przy tym tak kruchych, że zawsze miałam wrażenie, że za mocno je ściskam. Właściwie nie znałam Jej dobrze. Ot, kilka spotkań. Była bardzo chora. Odwiedzając Ją myślałam, że przychodzę by dać Jej siebie. By swoją obecnością, pomóc i ulżyć. Tymczasem tak nie było. Tymczasem to właśnie ta drobna kobieta dała mi niesamowitą lekcję miłości. Miłości do drugiego człowieka. Zrozumiałam, że tak naprawdę, nie ma znaczenia kim dla siebie jesteśmy. Łączy nas niesamowita więź duchowa i tylko ona ma znaczenie. Tych kilka spotkań pokazało mi, że w drugim człowieku można odnaleźć tych, których kochamy miłością normalną i zrozumiałą. Że drugi człowiek może być równie bliski jak nasi rodzice, dziadkowie, dzieci.

Po raz kolejny poczułam zjednoczenie nas wszystkich w Jednym. Iluzja oddzielenia i rozdzielenia przestała istnieć. Ta kobieta, poprzez swoją chorobę i śmierć dała mi bezcenną lekcję, odkryła przede mną misterium życia. I niby nic się nie zmieniło. Świat wciąż podąża swoimi torami, ludzie, problemy, życie przeplatają się w codziennym tańcu, ale dla mnie zmieniło się wszystko. Dosłownie wszystko.

I tak sobie myślę, że tu nie trzeba budować pomników, pisać wierszy upamiętniających czyjąś postać. Bo nie ma nic piękniejszego niż pełna miłości pamięć i pieczęć w sercu drugiego człowieka. Taką pamięć chowam tym wszystkim, których kocham. Bez wyjątku. Taką pamięcią chciałabym być zapisana w sercach innych ludzi.

Ps.

Pani Tereso, ja nie mówię: Żegnaj.. ja mówię: Do zobaczenia.. 🙂

, , , , , , , , , , , , , , ,

8 Responses to Śmierć

  1. Agnieszka 21 stycznia 2015 at 17:45 #

    Madziu, pierwszy raz ktoś wytłumaczył mi w tak piękny sposób, czym jest śmierć. Uwielbiam Twoje artykuły i rozmowy. Dziękuję z miłością.

    • Magdalena 23 stycznia 2015 at 11:49 #

      Aguś..tak czuję, że to w jaki sposób odbieramy otaczający na świat, jak i sytuacje- sceny, których doświadczamy, zależy on naszego wewnętrznego ugruntowania- w dobrym lub w złym. Oczywiście, wszelkiego rodzaju rozdzielenie lub oddzielenie jest bolesne. Tu z punktu widzenia człowieka dochodzi cierpienie i lęk. Ale jeśli nauczymy się patrzeć na życie z poziomu Ducha to przychodzi zrozumienie. I z jednej strony doświadczamy człowieczeństwa, z drugiej zaś nasz Duch wzrasta w doświadczaniu. Kolejnym krokiem jest połączenie tego co znów zostało rozdzielone czyli duszo-człowieka od jego Ducha. To wszystko oczywiście jest procesem. Śmierć jest tym, co wskazuje na naszą niedoskonałość będąc zarazem bramą, a czasem pułapką. Tak to czuję..

      Pozdrawiam Cię cieplutko, jak zawsze:))

  2. B 22 stycznia 2015 at 19:57 #

    Na jakim poziomie musi być człowiek, by móc zmartwychwstać i/lub zabrać ze sobą ciało, by móc powracać, gdyby był potrzebny? Nawiązuję tu do książki “życie i nauka mistrzów dalekiego wschodu”.

    • Magdalena 23 stycznia 2015 at 11:58 #

      Cześć Basiuja:))
      Cieszy mnie niezmiernie fakt, że spodobała Ci się ta książka, jak również, że czasem tu zaglądasz:))
      Co do pytania..By móc “korzystać” ciała, tak jak jest to opisane w podanej przez Ciebie książce, jak również na ścieżce, którą ja staram się kroczyć, jest obudzenie w sobie Chrystusa. Ale musi to być obudzenie 100%! Wtedy, kiedy wszystkie powłoki są obudzone i połączone, kiedy moc Ojca nas przenika, następuje obudzenie Chrystusa w nas. Wtedy to właśnie Słowo Ciałem się staje, jak również Ojciec i My Jedno jesteśmy. Wymaga to ogromnej pracy ze sobą. Zacznij jak zawsze pod myśli. Jeśli pojawiają się te negatywne- to znak, że coś nie działa w nas poprawnie i tu trzeba je szybciutko zmieniać, zastępować marzeniami. Powoli zobaczysz, że te złe pojawiają się coraz rzadziej, zaś jest coraz więcej tych lepszych i radośniejszych. Potem.. no cóż.. potem, kolejne etapy w budzeniu siebie:))

      Kocham Cię i przytulam do serca:))

  3. Gosia 12 listopada 2016 at 21:15 #

    piękne słowa… tylko ja nie potrafie poradzić sobie z odejściem mamy:( to już prawie rok a ja drże na myśl, że już nigdy jej nie dotkne nie usłyszę….

    • Magdalena 12 listopada 2016 at 22:24 #

      Gosiu.. Życie jest wieczne, my jesteśmy wieczni:) Twoja Mama nie odeszła, Ona po prostu jest w innej rzeczywistości, do której i Ty pewnego dnia zaglądniesz.Pozwól sobie to poczuć i w głębi serca zobaczyć a zrozumiesz. Wtedy lęk odejdzie, a przyjdzie spokój i wewnętrzna cisza.
      Przytulam mocno do serca:)

      • Gosia 14 lipca 2017 at 19:20 #

        ja tylko chcialabym jeszcze raz ja przytulic… moc poraozmawiac… i poczuc ze jest obok!!!!! czy to jest wogole mozliwe by ona tu byla… czasem dziwne mam przeczucia jakbym nie byla sama…

        • Magdalena 31 lipca 2017 at 21:13 #

          jeśli czujesz tak.. to znaczy, że jest. zawsze jest.. 🙂

Dodaj komentarz

CommentLuv badge